Reklama
Houston wraca z marokańskiej przygody - FOTO
- Jola Wodniak
- Oświęcim, Pomoc
- 9 lipca 2026
- 15:00
Ewa i Jerzy Mazańscy kończą marokańską część Złombola. Przed nimi spokojniejszy powrót do Polski po trasie pełnej zapachów, smaków i upału.
Reklama
Spis treści
Marokańska przygoda załogi „Houston nie ma żadnego problemu” dobiegła końca. Ewa i Jerzy Mazańscy, którzy wyruszyli na Złombol Polonezem Caro, mają za sobą trasę przez Maroko, a przed sobą spokojniejszy, już mniej napięty powrót do Polski.
Ich podróż po Maroku nie miała sztywnego planu. Załoga przejechała przez Fez, Rabat i Tanger, a po drodze chłonęła kraj wszystkimi zmysłami. Były wąskie uliczki, gwar handlarzy, mocne zapachy przypraw, kolorowe przysmaki i smak tajinu, którego trudno odmówić, gdy Maroko pokazuje swoją kulinarną stronę.
Fez okazał się prawdziwym labiryntem. W gąszczu wąskich uliczek załoga zgubiła orientację, ale z pomocą przyszedł młody, około 14-letni chłopak. Mówił bardzo dobrze po angielsku i bez problemu wyprowadził podróżników z medyny. Swoją „bezinteresowną pomoc” wycenił jednak dość wysoko.
„Już wiedzieliśmy, że nie należy nawiązywać kontaktu wzrokowego z napotykanymi marokańskimi dziećmi, nie mówiąc już o handlarzach” - relacjonują z humorem Ewa i Jerzy Mazańscy.
Fez pachniał przyprawami, olejkami i ulicznym jedzeniem. Mieszał się z krzykiem handlarzy, kolorami straganów i tempem miasta, które wciąga turystę szybciej, niż ten zdąży spojrzeć na mapę. W tym zamieszaniu załoga skusiła się na tajin, czyli jedno z najbardziej znanych marokańskich dań.
Rabat pokazał inną twarz Maroka
Rabat, oficjalna stolica Maroka, zaskoczył oświęcimską załogę już na wjeździe. Miasto sprawiało wrażenie czystego, zielonego i nowoczesnego. Jak mówią podróżnicy, wręcz europejskiego.
W oczy rzucał się także szacunek do króla. Jego wizerunek można zobaczyć w witrynach sklepów, restauracjach, a nawet w małych warsztatach rzemieślniczych. Medyna w Rabacie, w porównaniu z tą w Fezie, okazała się znacznie łatwiejsza do przejścia.
„Tutaj już nie potrzebowaliśmy przewodnika” - żartują Ewa i Jerzy Mazańscy.
Między dużymi miastami Maroko pozytywnie zaskoczyło ich infrastrukturą drogową. Nowoczesne trasy nie oznaczają jednak spokojnej jazdy w samych miastach. Tam rządzi zupełnie inna logika.
Zamiast kierunkowskazu, klakson
Ruch w marokańskich miastach załoga opisuje krótko: chaos. Na drogach panuje zasada silniejszego, a klakson zastępuje kierunkowskaz. Do tego dochodzą piesi, którzy ignorują przejścia, skutery pojawiające się z każdej strony, bryczki z osiołkami i wozy konne.
Dla kierowcy starego Poloneza to nie jest miejsce na chwilę nieuwagi. Trzeba patrzeć szeroko, reagować szybko i przyjąć, że zasady znane z europejskich dróg nie zawsze działają tak samo.
Najbardziej zapamiętają upał
Maroko zostanie z załogą przede wszystkim przez temperaturę. W aucie termometr pokazywał 47 stopni, a na postoju nawet 57 stopni. Do tego dochodził gorący wiatr, który bardziej przypominał podmuch z suszarki niż powiew przynoszący ulgę.
„Co będziemy pamiętać z Maroka? Przede wszystkim wysoką temperaturę, 47 stopni w aucie, na postoju nawet 57 i gorący, niczym z suszarki wiatr zapierający dech w piersiach” - mówią Ewa i Jerzy Mazańscy.
Mimo trudnych warunków załoga zabiera z tej podróży także dobre wspomnienia o ludziach. Maroko pokazało im codzienność inną niż europejska, ale pełną uśmiechu i życzliwości.
„Zapamiętamy również klimat marokański stworzony przez mieszkańców, którzy pomimo niskiego standardu życia mają uśmiech na twarzy i życzliwość do drugiego człowieka, czego często brakuje Europejczykom” - podkreślają uczestnicy Złombola.
Teraz Ewa i Jerzy Mazańscy wracają do Polski. Za nimi marokańska część wyprawy, przed nimi europejskie kilometry i spokojniejszy powrót do domu. Polonez znów pokazał, że „Houston nie ma żadnego problemu”, choć na Złombolu każdy wie, że problem może czekać za kolejnym zakrętem.