Reklama
18 kwietnia 2026, sobota
Śladem naszych publikacji
- Paweł Wodniak
- Publicystyka
- 27 października 2015
- 14:27
Reklama
Jeden z naszych Czytelników, podpisujący się nickiem Casnewydd, przesłał nam polemikę do felietonu „Głupota na drodze. Malkontent o pieszych”. Zachęcamy do zapoznania się z opinią i argumentami autora listu.
Przepraszam, ale w artykuł jest tak szkodliwy, że trzeba go sprostować. Po pierwsze, to zapraszam do Wielkiej Brytanii, gdzie piesi legalnie przechodzą poza przejściami i na czerwonym, kierowcy na niektórych przejściach mają obowiązek przepuszczenia pieszego, gdy tylko podchodzi do przejścia, kierowcy mają też obowiązek uważać na to, co się dzieje wokół jezdni i dostosowywać prędkość. Efekt? W kraju praktycznie dwa razy ludniejszym od Polski (a o mniejszej powierzchni), ze zdecydowanie większym ruchem samochodowym i większym ruchem pieszych, ginie trzy razy mniej pieszych.
Choć to nie powinno być argumentem przy dyskusji o bezpieczeństwie, to po miastach brytyjskich jeździ się lepiej samochodem niż po polskich (porównuję w UK Manchester, Bristol, Cardiff, Newport, a w Polsce Poznań, Szczecin, Bydgoszcz, Warszewa; inne miasta w UK czy w PL za rzadko odwiedzałem samochodem).
Powyżej były pewne fakty, jak ktoś nie potrafi zrozumieć jak się ma prawo i praktyka brytyjska do efektu w postaci dużego bezpieczeństwa to już to wykładam:
1. Pieszy przechodzi tam gdzie uznaje to za bezpieczne i wygodne. Nie idzie do przejścia, skoro może bezpiecznie przejść 20, 30, czy 99 metrów od niego. I lepiej ze przejdzie tam, gdy nic nie jedzie, niż gdy dojdzie do przejścia w momencie, gdy coś nadjeżdża. Lepiej i dla niego i dla kierowcy.
2. Kierowca jest świadomy, ze pieszy może się pojawić się wszędzie - na pasach, poza pasami. Dzięki temu uważa, jedzie wolniej. To wpływa na bezpieczeństwo nie tylko pieszych, ale i samych kierowców. W UK przez 7 lat widziałem mniej wypadków/kolizji/potrąceń niż mieszkając w Warszawie przez dowolne pol roku, a może nawet 3 miesiące (oczywiście zazwyczaj nie byłem świadkiem wypadku, ale widziałem rozbite samochody/karetkę/radiowóz).
3. To, że zmusza się kierowcę do uważania ma sens, bo to kierowca kieruje dwutonowa maszyna. Tymczasem pieszym jest często dziecko czy osoba starsza - ludzie, którzy gorzej oceniają sytuacje na jezdni, którzy często nie potrafią uciec przed szarżującym samochodem. To dlatego tak dużo ginie u nas pieszych 50+ i dzieci. Nie ginie tyle brawurowych młodych, co niezbyt sprawnych starych. Co dalej w naszym sowieckim podejściu do ruchu drogowego? Wymyślicie dokumenty uprawniające do chodzenia pieszo?
Zresztą trzeba zauważyć ze ostrożny kierowca ma szanse uniknąć potracenia nawet przy nieuważnym i nieodpowiedzialnym pieszym, w druga stronę nie zawsze to działa. Co zrobić, gdy przechodzisz legalnie na zielonym, a nagle wjeżdża w ciebie kierowca, „bo miął zielona strzałkę”. Nie każdy zdąży uskoczyć (zwłaszcza starsi i dzieci). Więcej, w Polsce sporo jest wypadków, gdy kierowcy zabijają pieszych... na chodniku.
Co wiec trzeba zrobić by poprawić bezpieczeństwo pieszych (i kierowców)? Zmienić prawo pozwalając pieszym na przechodzenie wszędzie, tak jak w całej starej UE (bo to nie tylko w UK się tak przechodzi), zmienić priorytety policji (wystawia tysiące mandatów pieszym, a kierowcom praktycznie tylko wtedy gdy uczestniczą w potraceniu pieszego), poprawiać infrastrukturę tak by piesi mieli więcej bezpiecznych miejsc do przechodzenia (niekoniecznie wyznaczonych, jako przejścia) a kierowcy mniej miejsc do rozwijania nadmiernych prędkości.
Proponuje więcej zrozumienia potrzeb rożnych użytkowników drogi, oraz częstsze wizyty w Europie zachodniej.
I jeszcze, co do ścieżek rowerowych w chodniku i ciągów pieszo-rowerowych. To kolejny przykład polskiego prymitywnego podejścia do miasta i ruchu. Robi się wszystko żeby samochody miały jak najwięcej miejsce i mogły jechać jak najszybciej, (co oczywiście bezpieczeństwu nie służy). Jak wygląda infrastruktura rowerowa w Berlinie, czy w Paryżu? To przede wszystkim pasy rowerowe w jezdni, to dużo małych ulic (nierzadko w rozległych strefach tempo 30, zwanych w UK „twenty's plenty”), na których rower jedzie bezpiecznie w jezdni, a gdy już mamy jakieś ścieżki w chodniku, to najczęściej odseparowane od części pieszej szpalerem drzew i/lub stojakami rowerowymi, co ułatwia pieszym zorientowanie się, że tamta część jest rowerowa. No i przy skrzyżowaniach taka ścieżka zjeżdża na jezdnię, by po pierwsze uniknąć kotłowaniny pieszo-rowerowej, a po drugie poprawić bezpieczeństwo przejazdu - w jezdni rowerzysta jest lepiej widoczny dla kierowców. A u nas wpycha się rowerzystów na zazwyczaj wąskie chodniki i albo tworzy się niebezpieczne przejazdy, albo, co gorsza każe rowerzystom zsiadać z rowerów.
Podsumowując, nie „gdyby tędy nie jechał, to wypadku by nie było”, ale gdyby jechał uważniej to by wypadku nie było.
Felieton, do którego odnosi się powyższa polemika znajduje się TUTAJ.
Przepraszam, ale w artykuł jest tak szkodliwy, że trzeba go sprostować. Po pierwsze, to zapraszam do Wielkiej Brytanii, gdzie piesi legalnie przechodzą poza przejściami i na czerwonym, kierowcy na niektórych przejściach mają obowiązek przepuszczenia pieszego, gdy tylko podchodzi do przejścia, kierowcy mają też obowiązek uważać na to, co się dzieje wokół jezdni i dostosowywać prędkość. Efekt? W kraju praktycznie dwa razy ludniejszym od Polski (a o mniejszej powierzchni), ze zdecydowanie większym ruchem samochodowym i większym ruchem pieszych, ginie trzy razy mniej pieszych.
Choć to nie powinno być argumentem przy dyskusji o bezpieczeństwie, to po miastach brytyjskich jeździ się lepiej samochodem niż po polskich (porównuję w UK Manchester, Bristol, Cardiff, Newport, a w Polsce Poznań, Szczecin, Bydgoszcz, Warszewa; inne miasta w UK czy w PL za rzadko odwiedzałem samochodem).
Powyżej były pewne fakty, jak ktoś nie potrafi zrozumieć jak się ma prawo i praktyka brytyjska do efektu w postaci dużego bezpieczeństwa to już to wykładam:
1. Pieszy przechodzi tam gdzie uznaje to za bezpieczne i wygodne. Nie idzie do przejścia, skoro może bezpiecznie przejść 20, 30, czy 99 metrów od niego. I lepiej ze przejdzie tam, gdy nic nie jedzie, niż gdy dojdzie do przejścia w momencie, gdy coś nadjeżdża. Lepiej i dla niego i dla kierowcy.
2. Kierowca jest świadomy, ze pieszy może się pojawić się wszędzie - na pasach, poza pasami. Dzięki temu uważa, jedzie wolniej. To wpływa na bezpieczeństwo nie tylko pieszych, ale i samych kierowców. W UK przez 7 lat widziałem mniej wypadków/kolizji/potrąceń niż mieszkając w Warszawie przez dowolne pol roku, a może nawet 3 miesiące (oczywiście zazwyczaj nie byłem świadkiem wypadku, ale widziałem rozbite samochody/karetkę/radiowóz).
3. To, że zmusza się kierowcę do uważania ma sens, bo to kierowca kieruje dwutonowa maszyna. Tymczasem pieszym jest często dziecko czy osoba starsza - ludzie, którzy gorzej oceniają sytuacje na jezdni, którzy często nie potrafią uciec przed szarżującym samochodem. To dlatego tak dużo ginie u nas pieszych 50+ i dzieci. Nie ginie tyle brawurowych młodych, co niezbyt sprawnych starych. Co dalej w naszym sowieckim podejściu do ruchu drogowego? Wymyślicie dokumenty uprawniające do chodzenia pieszo?
Zresztą trzeba zauważyć ze ostrożny kierowca ma szanse uniknąć potracenia nawet przy nieuważnym i nieodpowiedzialnym pieszym, w druga stronę nie zawsze to działa. Co zrobić, gdy przechodzisz legalnie na zielonym, a nagle wjeżdża w ciebie kierowca, „bo miął zielona strzałkę”. Nie każdy zdąży uskoczyć (zwłaszcza starsi i dzieci). Więcej, w Polsce sporo jest wypadków, gdy kierowcy zabijają pieszych... na chodniku.
Co wiec trzeba zrobić by poprawić bezpieczeństwo pieszych (i kierowców)? Zmienić prawo pozwalając pieszym na przechodzenie wszędzie, tak jak w całej starej UE (bo to nie tylko w UK się tak przechodzi), zmienić priorytety policji (wystawia tysiące mandatów pieszym, a kierowcom praktycznie tylko wtedy gdy uczestniczą w potraceniu pieszego), poprawiać infrastrukturę tak by piesi mieli więcej bezpiecznych miejsc do przechodzenia (niekoniecznie wyznaczonych, jako przejścia) a kierowcy mniej miejsc do rozwijania nadmiernych prędkości.
Proponuje więcej zrozumienia potrzeb rożnych użytkowników drogi, oraz częstsze wizyty w Europie zachodniej.
I jeszcze, co do ścieżek rowerowych w chodniku i ciągów pieszo-rowerowych. To kolejny przykład polskiego prymitywnego podejścia do miasta i ruchu. Robi się wszystko żeby samochody miały jak najwięcej miejsce i mogły jechać jak najszybciej, (co oczywiście bezpieczeństwu nie służy). Jak wygląda infrastruktura rowerowa w Berlinie, czy w Paryżu? To przede wszystkim pasy rowerowe w jezdni, to dużo małych ulic (nierzadko w rozległych strefach tempo 30, zwanych w UK „twenty's plenty”), na których rower jedzie bezpiecznie w jezdni, a gdy już mamy jakieś ścieżki w chodniku, to najczęściej odseparowane od części pieszej szpalerem drzew i/lub stojakami rowerowymi, co ułatwia pieszym zorientowanie się, że tamta część jest rowerowa. No i przy skrzyżowaniach taka ścieżka zjeżdża na jezdnię, by po pierwsze uniknąć kotłowaniny pieszo-rowerowej, a po drugie poprawić bezpieczeństwo przejazdu - w jezdni rowerzysta jest lepiej widoczny dla kierowców. A u nas wpycha się rowerzystów na zazwyczaj wąskie chodniki i albo tworzy się niebezpieczne przejazdy, albo, co gorsza każe rowerzystom zsiadać z rowerów.
Podsumowując, nie „gdyby tędy nie jechał, to wypadku by nie było”, ale gdyby jechał uważniej to by wypadku nie było.
Felieton, do którego odnosi się powyższa polemika znajduje się TUTAJ.