Reklama
22 kwietnia 2026, środa
Nie trwało to jednak zbyt długo - FELIETON
- Paweł Wodniak
- Publicystyka
- 10 kwietnia 2016
- 18:01
Reklama
Minęło sześć lat od katastrofy smoleńskiej. Ofiara poniesiona przez 96 osób i ich rodziny nic nie dała. Polska i Polacy są rozdarci i skłóceni, jak nigdy.
W postkomunistycznej Polsce były dwa wydarzenia, które spowodowały, że wstrzymaliśmy oddechy. Najpierw pod koniec marca 2005 roku, kiedy wiadomo było, że Jan Paweł II przygotowuje się do drogi do Domu Ojca i że nic ani nikt tego nie zmieni.
Narodowe pojednanie wykonało się niemal samoistnie 2 kwietnia o godzinie 21.37. To był czas, kiedy ręce w szczerym geście podawali sobie nawet kibice i politycy. Nie trwało to jednak zbyt długo. Jakiś czas po tym, jak polski papież odszedł do raju, Polacy wrócili do swojego piekiełka. Darcie kotów i palenie kukieł znów stało się codziennością.
Pięć lat później Bóg znów doświadczył naród, obchodzący właśnie 1050. rocznicę chrztu i powstania państwowości. 10 kwietnia 2010 roku o godzinie 8.41 czas się w Polsce zatrzymał. Rządowy tupolew uległ katastrofie. Zginęło 96 osób, w tym głowa państwa i jego małżonka. Narodowa tragedia spowodowała, że Polak Polakowi był bratem, niezależnie od sympatii politycznych. Czynnikiem jednoczącym ludzi i odsuwającym na bok wszelkie animozje znowu stała się śmierć.
Nie trwało to jednak zbyt długo. Pojawiły się bowiem oskarżenia i teorie spiskowe. Trwają po dziś dzień. Te brednie tak często powtarzano, że część narodu uwierzyła, iż Tusk z Putinem uknuli spisek i wysadzili samolot w powietrze tuż przed lądowaniem.
Macierewicz i Kaczyński aż dyszą nienawiścią, gdy poruszają temat związany z wypadkiem, niezwykle tragicznym, ale jednak wypadkiem, nazywając go zamachem. Taki sam to był zamach jak ten, który prezydent Bush wraz z CIA zorganizował 11 września 2001 roku w Nowym Jorku, by przejąć panowanie nad złożami ropy naftowej w Iraku.
Można się jednak spodziewać, że teza o zamachu stanie się niebawem jedynie obowiązującą w oficjalnym obiegu. Skoro wódz Jarosław tak sobie życzy, to adiutant i ordynans w jednym, czyli Macierewicz wraz ze swoimi zadupnikami zrobią wszystko, by tę tezę „uprawdopodobnić”.
A ja wciąż mam nadzieję, że któregoś dnia wstanę rano z łóżka i będę mógł sobie powiedzieć: „Pawle Wodniaku, to był tylko sen. Tako matrix”. Obecnie jednak wszystko wskazuje na to, że nadzieja matką głupich. A z pewnością naiwnych.
W postkomunistycznej Polsce były dwa wydarzenia, które spowodowały, że wstrzymaliśmy oddechy. Najpierw pod koniec marca 2005 roku, kiedy wiadomo było, że Jan Paweł II przygotowuje się do drogi do Domu Ojca i że nic ani nikt tego nie zmieni.
Narodowe pojednanie wykonało się niemal samoistnie 2 kwietnia o godzinie 21.37. To był czas, kiedy ręce w szczerym geście podawali sobie nawet kibice i politycy. Nie trwało to jednak zbyt długo. Jakiś czas po tym, jak polski papież odszedł do raju, Polacy wrócili do swojego piekiełka. Darcie kotów i palenie kukieł znów stało się codziennością.
Pięć lat później Bóg znów doświadczył naród, obchodzący właśnie 1050. rocznicę chrztu i powstania państwowości. 10 kwietnia 2010 roku o godzinie 8.41 czas się w Polsce zatrzymał. Rządowy tupolew uległ katastrofie. Zginęło 96 osób, w tym głowa państwa i jego małżonka. Narodowa tragedia spowodowała, że Polak Polakowi był bratem, niezależnie od sympatii politycznych. Czynnikiem jednoczącym ludzi i odsuwającym na bok wszelkie animozje znowu stała się śmierć.
Nie trwało to jednak zbyt długo. Pojawiły się bowiem oskarżenia i teorie spiskowe. Trwają po dziś dzień. Te brednie tak często powtarzano, że część narodu uwierzyła, iż Tusk z Putinem uknuli spisek i wysadzili samolot w powietrze tuż przed lądowaniem.
Macierewicz i Kaczyński aż dyszą nienawiścią, gdy poruszają temat związany z wypadkiem, niezwykle tragicznym, ale jednak wypadkiem, nazywając go zamachem. Taki sam to był zamach jak ten, który prezydent Bush wraz z CIA zorganizował 11 września 2001 roku w Nowym Jorku, by przejąć panowanie nad złożami ropy naftowej w Iraku.
Można się jednak spodziewać, że teza o zamachu stanie się niebawem jedynie obowiązującą w oficjalnym obiegu. Skoro wódz Jarosław tak sobie życzy, to adiutant i ordynans w jednym, czyli Macierewicz wraz ze swoimi zadupnikami zrobią wszystko, by tę tezę „uprawdopodobnić”.
A ja wciąż mam nadzieję, że któregoś dnia wstanę rano z łóżka i będę mógł sobie powiedzieć: „Pawle Wodniaku, to był tylko sen. Tako matrix”. Obecnie jednak wszystko wskazuje na to, że nadzieja matką głupich. A z pewnością naiwnych.