Reklama
2 maja 2026, sobota
Nie dla psa kiełbasa, nie dla dziennikarza dyrektorka
- Paweł Wodniak
- Publicystyka
- 8 sierpnia 2010
- 10:55
Reklama
Kręciliśmy materiał filmowy o kłopotach kupców na targowisku. Chcieliśmy porozmawiać z osobą odpowiedzialną za to miejsce. Poszliśmy do Janusza Marszałka, prezydenta miasta. Obiecał rozeznać się w sprawie i skierował nas do Agaty Gworek, dyrektorki Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji w Oświęcimiu. I tu zaczęły się schody.
Przygotowując materiał „Wśród kupców z targowiska znów zawrzało” zadzwoniliśmy do MOSiR, ale Agata Gworek miała wtedy spotkanie. Po wyłuszczeniu sprawy usłyszeliśmy w sekretariacie, że pani dyrektor nie znajdzie nawet pięciu minut, by się w tym tygodniu wypowiedzieć przed kamerą, bo przez Oświęcim przejedzie Tour de Polgone i są inne sprawy. Pracownica MOSiR zaleciła, by zadzwonić później, "to coś może będzie ustalone, a najlepiej wysłać mail z zapytaniem, to może w przyszłym tygodniu pani dyrektor odpisze".
Wybraliśmy się do siedziby MOSiR, żeby porozmawiać z dyrektor Gworek „z marszu”, po zakończeniu spotkania. Jednak na miejscu okazało się, że spotkanie dawno się skończyło, a dyrektorka wyjechała na lodowisko. Mieliśmy dzwonić po godzinie 14, wtedy powinna już być.
Pojechaliśmy na lodowisko. W biurze bardzo nieprzyjemny człowiek, który nie raczył nawet odpowiedzieć na „dzień dobry, z wielką łaską poinformował, że Agata Gworek, owszem, była na lodowisku, ale wróciła do MOSiR.
Dzwonimy po raz kolejny o 14, ale pani dyrektor znowu gdzieś wyjechała. Nie wiadomo ani gdzie, ani kiedy wróci. Tym razem słyszymy obietnicę, że szefowa ośrodka zadzwoni do dziennikarza Faktów Oświęcim. W międzyczasie cały czas „atakujemy” telefon komórkowy Agaty Gworek. Co najmniej kilkanaście nieodebranych połączeń. Bez żadnego odzewu.
Po południu otrzymujemy telefon z MOSiR. Jednak zamiast dyrektorki, słyszymy sekretarkę, która mówi, że pani dyrektor "nie ma czasu się spotkać" z Faktami, a jeśli chodzi o sprawę targowiska, to "ona o niczym nie wie". Ponadto nie jest to problem MOSiR i mamy się kontaktować z kimś innym. Argumentujemy, że kompetencje Agaty Gworek w tym temacie wskazał nam jej szef, czyli Janusz Marszałek, jednakże po drugiej stronie cały czas napotykamy na mur.
Pytamy, o której szefowa miejskiej instytucji przychodzi do pracy? I znów panienka po drugiej stronie telefonu nie chciała odpowiedzieć. Mówimy, że skoro Agata Gworek odcina się od tematu targowiska, niech nam to powie do kamery. Mamy zadzwonić na drugi dzień.
Kolejnego dnia znów nie załapaliśmy się na audiencję, nawet telefoniczną. Od pracownicy usłyszeliśmy to samo, co wcześniej: "pani dyrektor nie znajdzie dla nas czasu". Mamy "napisać mail i czekać na odpowiedź". Próbujemy tłumaczyć jak komuś mądremu, że przygotowujemy materiał filmowy i jest nam potrzebna wypowiedź, a nie literki na ekranie monitora czy wydruki z drukarki. Okazało się, że takiej możliwości w ogóle nie ma.
Nie pierwszy to raz, gdy osoba na kierowniczym stanowisku traktuje powierzoną jej do administrowania instytucję, jak prywatny folwark. Nie pierwszy to raz, gdy urzędnik z racji pełnionego stanowiska ma obowiązek udzielać informacji mieszkańcom, a tego nie robi. Nie pierwszy to raz, gdy człowiek żyjący z pieniędzy publicznych uznaje, że uciekanie przed dziennikarzem pozwoli mu uniknąć odpowiedzi na trudne pytania.
I nie pierwszy to raz, gdy zwierzchnik takiego urzędnika powinien mu dosadnie wytłumaczyć, że wobec mieszkańców (czyt. chlebodawców), którzy oczekują informacji powinien przyjąć rolę służebną i nie może ich mieć w jednym z dwóch końców przewodu pokarmowego.