• * Na Maku zamiast klawisza Alt używaj Ctrl+Option(⌥)

alert 24

zgłoś

interwencję

  • logowanie / rejestracja Twoje konto
    logowanie / rejestracja
  • * Na Maku zamiast klawisza Alt używaj Ctrl+Option(⌥)

CHOCHOŁÓW. Zmarł Stanisław Frączysty, były więzień KL Auschwitz i legendarny kurier tatrzański

Reklama



Stanisław Frączysty ze swoim przyjacielem Markiem Giżyckim z Państwowego Muzeum Auschwitz Birkenau podczas swoich 90. urodzin. Zdjęcie udostępnione przez Marka Giżyckiego.


Bardzo przejął się śmiercią przyjaciela Józefa Hordyńskiego, więźnia pierwszego transportu do KL Auschwitz, który zmarł przed kilkoma dniami 4 lutego 2009 roku. W swoje 92. urodziny 5 lutego już nie wstawał z łóżka. W sobotę 7 lutego o godzinie 7.45 w rodzinnym Chochołowie ostatnie tchnienie wydał Stanisław Frączysty, legendarny kurier tatrzański na szlaku Chochołów-Budapeszt, żołnierz AK, więzień gestapowskich katowni oraz obozów w Auschwitz i Buchenwaldzie.






Urodził się 5 lutego 1917 roku w Chochołowie. Jako żołnierz ruchu oporu wsławił się brawurową akcją przeprowadzenia w październiku 1941 roku przez zieloną granicę z Węgier do Polski marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza. Jeszcze kilka lat temu w rocznicę tego wydarzenia do Frączystego przyjeżdżali byli więźniowie KL Auschwitz, by powspominać wojenne czasy i po przyjacielsku porozmawiać przy góralskiej muzyce. Z roku na rok uczestników było jednak coraz mniej. Teraz zabrakło i gospodarza.

Stanisław Frączysty w ręce nazistów wpadł 22 lutego 1942 roku. Przebywał najpierw w willi Palace, katowni gestapo w Zakopanem, a później na Montelupich w Krakowie. 26 marca wywieziono go do Auschwitz, gdzie otrzymał numer obozowy 27235. Pod koniec 1944 roku z grupą kilkuset więźniów trafił do KL Buchenwald. Wyzwolenie przyszło w kwietniu 1945 roku. Frączysty po kilkumiesięcznym pobycie w amerykańskiej strefie okupacyjnej wrócił do Polski.

W 1949 roku bezpieka aresztowała go za współpracę z obcym wywiadem. Po kilku tygodniach więzienia zwolniła jednak legendarnego kuriera. Stanisław Frączysty wiódł żywot rolnika w rodzinnym Chochołowie.

- Nigdy nie zabiegał o zaszczyty dla siebie. Upominał się o innych. Doprowadził do uporządkowania mogiły żołnierzy rozstrzelanych przez Niemców w grudniu 1939 roku w Chochołowie, grobów partyzantów ?Ognia? poległych w rejonie Chochołowa w 1947 roku - czytamy na stronie Auschwitzmemento.pl.

- Przyczynił się do położenia pamiątkowych kamieni upamiętniających powstanie chochołowskie, miejsce, w którym przekroczył granicę Rydz-Śmigły, a na ścianie domu Franciszka Frączystego, w którym powołano oddział Dywersji Pozafrontowej, gdzie znajdował się kurierski punkt kontaktowy i gdzie zatrzymywali się wszyscy prowadzeni przez niego do kraju piłsudczycy, wmurował pamiątkową tablicę - mówi notka biograficzna bohatera.

Za wyróżniającą się odwagę w pełnieniu służby kurierskiej w warunkach bojowych oraz za postawę wobec wroga po uwięzieniu Frączystego odznaczono Orderem Virtuti Militari. Kilka lat temu otrzymał od prezydenta RP Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski.


Poniżej zamieszczamy rozmowę, jaką dwa lata temu ze Stanisławem Frączystym przeprowadził jego przyjaciel Marek Giżycki


Panie Stanisławie. Przez dwa lata działalności kurierskiej nie opuszczało pana szczęście. W końcu jednak Niemcy pana dopadli...

- Od pewnego czasu gestapo zakopiańskie węszyło za mną i moim bratem Frankiem. Rzadko wówczas nocowałem w domu. W ten feralny dzień 22 lutego 1942 roku, przebywałem w domu mojej siostry Zofii w wiosce Czerwienne niedaleko Chochołowa. Samo aresztowanie nastąpiło w wyniku zdrady.

Czy są znane panu jakieś bliższe szczegóły dotyczące samego aresztowania?

- W nocy z 20/21 lutego 1942 roku gestapo z Zakopanego urządziło w Chochołowie dużą obławę. Obstawiona została cała wioska. Po szczelnym zablokowaniu całego terenu, patrole niemieckie chodziły po chałupach, nakazując wyjść wszystkim obecnym na plac zborny w miejscu dzisiejszej szkoły. Nad ranem przyjechali szefowie gestapo z Zakopanego i zaczęli sprawdzać dane personalne każdej osoby. Mieli dokładną listę wszystkich mieszkańców. Kto według nich był podejrzany lub na tej liście nie figurował, a znajdował się w wiosce, był natychmiast aresztowany. Ładowano ich na samochody i odwożono do Zakopanego. Wśród aresztowanych był również młody chłopak, członek naszej organizacji, który wiedział gdzie ja przebywam. W trakcie śledztwa zaczęto go pytać m.in. o mnie. Nie wytrzymał bicia i powiedział, że ukrywam się u swojej siostry w wiosce Czerwienne. Niemcy wsadzili go na sanie, obstawa na drugie i jazda po mnie. Po przyjeździe do wioski, chłopak pokazał dom, w którym nocowałem. Nie miałem żadnych szans. Wraz ze mną aresztowano także siostrę. Przewieziono nas do osławionej siedziby zakopiańskiego gestapo ?Pałace".

Jaki zarzut lub zarzuty panu postawiono?

- Przede wszystkim zarzucano mi działalność konspiracyjną przeciwko państwu niemieckiemu oraz działalność kurierską. Mimo strasznego śledztwa do konspiracji się nie przyznałem. Przyznałem się natomiast, że rzeczywiście chodziłem przez granicę, ale tylko ze szmuglem. Przesłuchiwano także moich rodziców. Potwierdzali moje zeznania. Zresztą zaprzeczać nie było sensu, bo Niemcy mieli niestety bardzo dobre rozeznanie.

Jak długo był pan więziony w Zakopanem?

- W ?Pałace" przebywałem około 3 tygodni. Później osobowym samochodem zawieziono mnie do Krakowa do więzienia na Montelupich. Po około 8 dniach w grupie 60 więźniów, dwoma samochodami ciężarowymi tzw. budami, przewieziono mnie do KL Auschwitz. Było to 26 marca 1942 roku. Otrzymałem numer 27235 i przydział do komanda pracującego na dworcu kolejowym, głównie przy pracach rozładunkowych. Później cale nasze komando skierowano na budowę zakładów Buna-Werke. Do pracy wożono nas pociągiem z dworca w Oświęcimiu do Dworów. Pracowałem tam przy budowie toru kolejowego w kierunku wschodnim. Był to równoległy tor do istniejącej linii kolejowej Oświęcim - Kraków. Po około dwóch miesiącach zachorowałem na zapalenie płuc, ale nie zostałem przyjęty do obozowego szpitala. Z ambulatorium odesłali mnie z powrotem do bloku. Tam spotkałem znajomego ze Starego Bystrego Olka Leję, który jako ?stary" więzień miał w obozie chody. Załatwił mi przeniesienie do pracy w obozowych stajniach, które znajdowały się tuż za bramą obozową. Dwa dni później dołączył do mnie brat Franciszek, którego przywieziono do obozu kilka dni przed moim przybyciem. Byliśmy razem tylko kilka dni. Z polecenia obozowego gestapo Franek został zebrany do karnej kompanii, która w tym czasie zakwaterowana była w Birkenau. Jak się później dowiedziałem od kolegów Franka, zginął on prawdopodobnie w dniu 10 czerwca 1942 r. w trakcie zbiorowej ucieczki więźniów tej kompanii. W połowie lipca gestapo obozowe przypomniało sobie także i o mnie. Zostałem skierowany do osławionego bloku 11.

Jaki był tego powód?

- W trakcie aresztowań na Słowacji wpadł Józek Chudziec z Twardoszyna. A z jego pomocy jako kurier wielokrotnie korzystałem. W śledztwie pojawiło się moje nazwisko. Wzywano mnie z bloku 11 do obozowego gestapo i pytano czy znam takich, a takich ludzi. Później te zeznania sprawdzano w Zakopanem. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że znam go dobrze. Przed wojną byłem przewodnikiem tatrzańskim i chodziłem w góry z turystami, których Józek często do mnie przywoził. On zeznawał tak samo. Chociaż nasze wyjaśnienia pokrywały się, coś w nich Niemcom nie pasowało. Były zbyt zgodne. Śledztwo trwało jeszcze dosyć długo, a ja cały czas przebywałem w bloku 11. Wreszcie jesienią 1942 r. przewieziono mnie z powrotem do Zakopanego. W ?Pałace" siedziałem ponad 3 miesiące. Ciągle chodziło o sprawę Józka i kilku innych. Wcześniejszych zeznań jednak nie zmieniłem. W marcu 1943 roku odesłano mnie z powrotem do obozu.

Czy przebywając w bloku 11 był pan świadkiem masowych egzekucji?

- W tym czasie kiedy byłem w bloku 11 tzn. od lipca do listopada 1942 egzekucje odbywały się z reguły dwa razy w tygodniu. Najczęściej we wtorki i piątki. Prawie zawsze rozstrzeliwano grupy około kilkudziesięciu skazańców. Samych egzekucji nie widziałem. Przed egzekucją więźniów z sal od strony bloku 10 przenoszono do sal z zachodu, po drugiej stronie bloku 11. Ponadto okna były szczelnie zasłonięte kocami. Egzekucje trwały do kilkunastu godzin. Zależało to od liczby skazańców. Pamiętam, że najdłuższa akcja zabijania odbyła się w październiku 1942 roku, kiedy to rozstrzelano 280 Polaków z transportu lubelskiego.

Czy w obozie w Oświęcimiu przebywał pan aż do samego wyzwolenia?

- Tylko do jesieni 1944 roku. W listopadzie popędzono kilkusetosobową grupę więźniów, w której i ja się znalazłem do obozu w Brzezince. Po trzech tygodniach kwarantanny, na początku grudnia w dużym transporcie wywieziono mnie do Buchenwaldu, gdzie otrzymałem numer 28678. Po paru dniach otrzymałem przydział do podobozu w Weimarze, który mieścił się przy fabryce broni. Pracowałem tam do pierwszych dni lutego 1945 r. W lutym uciekłem z tego podobozu wraz z dwoma innymi więźniami: Czechem i Rosjaninem. Zresztą dołączyłem do nich przypadkowo. Od pewnego czasu wiedziałem, że obaj coś kombinują. Chyba chcą uciekać - pomyślałem. Powiedziałem, że idę z nimi. Początkowo nie chcieli o tym słyszeć, ale w końcu się zgodzili.

W jaki sposób uciekliście?

- Podobóz weimarski to w sumie 4 baraki więźniarskie tuż obok fabryki w której pracowaliśmy. Całość była otoczona naelektryzowanym drutem kolczastym i strzeżona przez wartowników na zwyżkach. Zauważyliśmy, że kiedy wracamy z pracy do obozu, budki wartownicze są puste. Wszyscy strażnicy z reguły stali przy bramie i liczyli wchodzących więźniów. Dopiero po wejściu wszystkich, obstawiano wieżyczki. W tym upatrzyliśmy naszą szansę. Plan był następujący. Wchodzimy do obozu jako pierwsi z popołudniowej zmiany, kiedy jest już ciemno. Biegniemy w narożnik obozu. Tam są ukryte wcześniej deski. Podkładamy je pod druty i w nogi. Do porannego apelu zyskamy kilka godzin. I tak też zrobiliśmy. Jednak zbyt długo nie cieszyliśmy się wolnością. Złapano nas na granicy czesko-niemieckiej. Wożono  z aresztu do aresztu i w końcu trafiliśmy z powrotem do Buchenwaldu. Na szczęście nie zostaliśmy rozpoznani. Wraz z Czechem skierowano mnie do bloku czeskiego, bowiem nie przyznałem się, ze jestem Polakiem, a język czeski znałem bardzo dobrze. Zostałem zarejestrowany jako Jan Żiżka i otrzymałem tym razem numer 133652.

Miał pan przecież na przedramieniu wytatuowany oświęcimski numer obozowy. Nikt tego nie zauważył?

- Miałem dużo szczęścia. W tym czasie panował już w obozie duży bałagan. Jedne transporty przyjeżdżały, inne opuszczały Buchenwald. Jednak gdyby ktoś zobaczył mój numer oświęcimski, to przypuszczam, że Niemcy szybko by się zorientowali kim jestem naprawdę. A to mogłoby się dla mnie skończyć tragicznie.

Kiedy wrócił pan do kraju?

- Amerykanie zajęli Buchenwald 11 kwietnia 1945 roku. Weszli jednak za daleko na wschód. Po paru dniach mieli się wycofać, a na ich miejsce mieli wejść Rosjanie. Były komunikaty, że kto chce wracać do Polski niech pozostanie w obozie. Będą organizowane transporty do kraju. Kto natomiast z jakichś powodów nie chce lub nie może wracać, to niech zabiera się z Amerykanami. Ja wybrałem tę drugą ewentualność. Do rodzinnej wioski powróciłem dopiero w grudniu 1946 roku.

Czy po powrocie do kraju był pan represjonowany?

Przypomniał sobie o mnie Urząd Bezpieczeństwa w 1949 roku. Przez kilka tygodni siedziałem w ich więzieniu przy placu Inwalidów w Krakowie. Było codzienne maglowanie i pytanie, dlaczego wróciłem do Polski, co robiłem u Amerykanów. Próbowano mi wcisnąć, że jestem agentem obcego wywiadu i takie tam różne głupoty. W końcu wypuścili mnie. Od tego czasu nie byłem już niepokojony.