Reklama
3 lipca 2026, piątek
Zbigniew Starzec: Poczułem się zdemolowany - ROZMOWA
- Paweł Wodniak
- 21 maja 2020
- 19:51
Reklama
Wczoraj premierę miała książka „Oświęcim. Czarna zima”. Jednym z jej bohaterów jest Zbigniew Starzec, wicewojewoda małopolski i były starosta oświęcimski.
Nowa publikacja Marcina Kąckiego, reportażysty „Gazety Wyborczej” jest zbiorem rozmów z mieszkańcami Oświęcimia. Znajduje się w niej kilka stron, które wstrząsnęły częścią społeczności lokalnej. W sprawie tych kilku stron w redakcji Faktów Oświęcim odebraliśmy co najmniej kilkanaście telefonów, wiele e-maili i wiadomości na fanpage’u eFO na Facebooku. Książkę można było bowiem kupić on-line jeszcze przed premierą. Poniżej, za zgodą wydawcy publikacji, zamieszczamy fragment, który zbulwersował część opinii publicznej, i rozmowę z bohaterem, a zdaniem niektórych - antybohaterem tych kilku stron, Zbigniewem Starcem, z którym Marcin Kącki w „GW” rozmawiał 11 maja 2018 roku, gdy ten był starostą oświęcimskim. Dodajmy, że Zbigniew Starzec jest szefem powiatowych struktur Prawa i Sprawiedliwości, której to partii „Gazeta Wyborcza” przychylna nie jest. Faktową recenzję publikacji „Oświęcim. Czarna zima” zamieścimy na naszych łamach wkrótce. [pdf-embedder url="/static/upload/store/uploads/Kącki-Z.-Starzec-skonwertowany.pdf" title="Kącki - Z. Starzec-skonwertowany"]Panie Zbigniewie, skomentuje pan fragment reportażu Marcina Kąckiego, który jest poświęcony właśnie panu?
„Co tu komentować? Kupiłem sobie tę książkę z postanowieniem przeczytania jej w całości. Zanim zabrałem się do studiowania, postanowiłem znaleźć strony poświęcone mojej osobie. Znalazłem je na samym końcu i czytając te ostatnie kilka kartek przeżyłem ciężki szok, nie wierzyłem własnym oczom. Kto mnie zna, mam taką nadzieję, to nie uwierzy w to co czyta. Chciałem, jak to mam w zwyczaju, zaprezentować panu redaktorowi Kąckiemu powiatową, a zarazem oświęcimską gościnność. Rozmawialiśmy kilka godzin, ugościłem go robiąc grilla, poczęstowałem go wyśmienitym bawarskim piwem, które sobie przywiozłem z jednego z ostatnich wyjazdów do partnerskiego Dachau. Oczywiście nie zwoziłem go skrzynkami, bo przeważnie jeździłem osobówką. Przywiozłem ich kilka rodzajów i częstowałem gościa. Rozmawialiśmy w kulturalny sposób i w miłej atmosferze na tematy miasta, powiatu, ludzi tu mieszkających, tych ważnych i nie tylko, problemów, atrakcji, współpracy samorządowej. Spędziliśmy ze sobą około czterech godzin, wypiliśmy może po kilka piw (3-4), ich konsumpcja nie spowodowała w naszych organizmach żadnych zmian, a rozmowa cały czas prowadzona była w miłej atmosferze. A pan redaktor Kącki zrobił ze mnie alkoholika. O 90-95 procentach tez zawartych przez pana Kąckiego, nie rozmawialiśmy, nie rozmawialiśmy na temat mojego młodszego syna, jego zatrudnienia i pracy w Synthosie. Nie rozmawialiśmy na temat pani premier Beaty Szydło, rozmawialiśmy ogólnikowo, rzadko używając nazwisk, o sytuacji w mieście i w powiecie, o klimatach panujących, o stosunkach interpersonalnych, trochę nieszkodliwie poplotkowaliśmy. Poruszyliśmy również temat PMA-B (Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau - przyp.aut.), o ciężarze gatunkowym tego miejsca i jego wpływu na życie mieszkańców. Że ludzie starają się o tym nie myśleć i normalnie żyć, że jest Auschwitz i jest Oświęcim, że jest Birkenau i jest Brzezinka. Tymczasem czytam i dalej oczom swoim nie wierzę. Nie wierzę! Bo to jest napisane takim rynsztokowym slangiem, bez szacunku do słowa pisanego, język skandaliczny i nie do przyjęcia, mnóstwo przekleństw, kłamstw i półprawd. Autora widziałem dwa razy na oczy, krótko w starostwie, po raz drugi kiedy zaprosiłem go do siebie. Czytając to uświadomiłem sobie po raz kolejny, że nie warto być otwartym, uczciwym, gościnnym i prawdomównym. Nie będę się wypowiadał na ten temat w mediach społecznościowych, nie będę temu „coś” robił reklamy, nie zasługuje na to. Oświęcim i jego mieszkańcy nie zasłużyli na to, by przedstawiać ich jako homofobów, antysemitów, lumpów, patologii, pijaków, nierobów. Skandaliczny opis naszego miasta i ludzi tu mieszkających, skandaliczna pozycja, nie do przeczytania” Ale jeżeli będzie jakikolwiek pozew zbiorowy, to ja się z pewnością do niego przyłączę".
A jak było z tą strażą pożarną?
„To było po dużej wichurze. Zwaliły mi się dwa drzewa i uszkodziły ogrodzenie. Jedno przechyliło się w kierunku zabudowań. Zadzwoniłem do PSP (Państwowej Straży Pożarnej w Oświęcimiu - przyp. aut.) jako mieszkaniec i zgłosiłem interwencję, oficjalnie z pytaniem, że jeżeli takie drzewo zagraża bezpieczeństwu, to co powinienem zrobić? Strażacy poinformowali mnie, że przyjadą i to drzewo zetną. To było w biały dzień, przed oknami sąsiadów. I to nie jest tak, że po kryjomu, z wykorzystaniem funkcji coś załatwiłem ze strażakami. To taka sama interwencja, jak przyjazd do gniazda szerszeni, do drzewa, które się przewróciło na drogę. To były zwykłe działania strażaków po wichurze. Jak o tym czytałem w książce, to mnie zmroziło. Poczułem się jak alkoholik i menel. Co drugie słowo kur… i pierd… To jest dla mnie bulwarówa, szambo i kloaka”
Nie żałuje pan, że nie spotkał się pan z dziennikarzem w starostwie, tylko zaprosił go do siebie do domu?
„On do mnie przyszedł na początku tygodnia i chciał się umówić na dłuższą rozmowę. Nie miałem czasu w tygodniu, szukałem w kalendarzu jakiegoś terminu. No i powiedziałem: „niech pan przyjdzie, panie redaktorze, do mnie, to pogadamy. Miejsce jest fajne, coś przygotuje do jedzenia i porozmawiamy na tematy Oświęcimia”. Jestem rodowitym oświęcimianinem, więc bardzo chętnie chciałem się podzielić swoimi spostrzeżeniami, uwagami. A w tym, co on napisał, nie było tego, o czym rozmawialiśmy. "Popijawa z moją policją", potem „zapraszam strażaków na libację alkoholową” - nigdy czegoś takiego nie powiedziałbym do osoby, którą znam, a co dopiero do kogoś kogo widziałem drugi raz w życiu”.
Czyli o nieprzyjęciu Beaty Szydło do Prawa i Sprawiedliwości też nie rozmawialiście?
„Ten temat dla mnie od dawna nie istnieje i o tym nie rozmawiam. To było jakieś 15-20 lat temu. Nawet nie wiem od kogo się dowiedział. Czy pan myśli, rozmawiałbym na temat mojego syna, który pracuje w Synthosie i czy gdyby coś się tam wydarzyło, to bym zataił jakieś informacje, bo takie pytanie padło? Poza tym nigdy nie rozmawiałem z żadnym prezesem Synthosu o przyjęciu mojego syna do pracy więc to kolejna nieprawda autora.
No właśnie, zastanawiał się pan, skąd Marcin Kącki miał taką dużą wiedzę o panu?
„Rozmawiałem z panem Kąckim na temat szeroko rozumianych klimatów oraz ludzi, mieszkających, żyjących w Oświęcimiu, bez nadużywania podawania nazwisk. Diagnozowaliśmy problemy, typu współpraca z samorządami, z Muzeum. Jak to wszystko przeczytałem, to mnie sparaliżowało. Autor musiał zasięgać jakichś informacji na mój temat, ubrać to w słowa. Kilkanaście lat w samorządzie nauczyło mnie, by o pewnych sprawach z nikim nie rozmawiać, zwłaszcza z dziennikarzem. Ten tekst się zupełnie nie broni. O kimkolwiek Marcin Kącki w swojej książce nie napisał, to z nielicznymi wyjątkami, wszystkich zmieszał z błotem, co potwierdzają wpisy na Facebooku".
A rozważa pan indywidualny pozew?
„Nie. Myślę, że to jest napisane przede wszystkim po to, byśmy się wszyscy poczuli obrażeni i zaczęli atakować, oddawać sprawy do sądu. A wtedy książka nabierze takiego rozgłosu, że nawet w Stanach Zjednoczonych będą ją kupować. Radzę, by nie pisać o niej na Facebooku i nie robić jej zbędnej reklamy. Te „bluzgi”, kompletnie nieprzystające do mojej osoby, tematy nieporuszane i zupełnie inne, w których nie zajmowałem stanowiska. Natomiast jeżeli będzie pozew zbiorowy, to wtedy się do niego dołączę. Na razie jest to dla mnie nauczka, by w przyszłości nie rozmawiać szczerze z obcymi ludźmi, a szczególnie z dziennikarzami „Gazety Wyborczej”. Trochę czytam media, czytam wasz portal i nie tylko, ale porównując teksty redaktora Kąckiego, to jesteście mistrzami słowa. Żałuję, że wydałem pieniądze na tę książkę, kupiłem ją w dobrej wierze przeświadczony, że jest to pozycja, która pozytywnie zareklamuje nasze miasto. Jeżeli całość jest napisana w takim stylu, jak te fragmenty przytoczone z naszego spotkania,to szkoda mi czasu na przeczytanie jej w całości. Marcin Kącki wszystkich nas obraził, mieszkańców i większość instytucji w naszym mieście. Przecież my się też czasami, panie Pawle sprzeczamy, mamy odmienne poglądy, dajemy jakiś przytyk na Facebooku, ale fajnie się różnimy. Jest pewna nieprzekraczalna granica i póki co, nikt z nas jej jeszcze nie przekroczył. Uważam, że mam dobre stosunki z prasą, chociaż nie zawsze dobrze o mnie piszą. Ale fragment z książki pana Kąckiego mnie po prostu obraził i to jest najłagodniejsze stwierdzenie, jakie przychodzi mi do głowy. Tym bardziej, że sam autor był podczas spotkania przemiły i zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie".